piątek, 14 lipca 2017

Po własnych śladach – Mariusz Koperski

Ostatnio często sięgam po debiuty literackie i książki napisane przez autorów, którzy mają na razie niewiele tytułów w swoim pisarskim dorobku. Coraz częściej także sięgam po powieści, które wyszły spod pióra polskich pisarzy. Jestem otwarta na nowe doświadczenia czytelnicze, dlatego też z chęcią zgodziłam się przeczytać Po własnych śladach Mariusza Koperskiego. Co skrywa się za okładką, na której znalazło się hasło „zakopiańska powieść kryminalna”?

Jest wigilijny wieczór, ale zakopiańscy policjanci nie mają możliwości, by spędzić go w spokoju z rodziną. W niewielkiej wsi pod Zakopanem zdarzył się śmiertelny wypadek. W starą, góralską chatę wjechał rozpędzony samochód, niszcząc ją doszczętnie. Za kierownicą siedział Albert Cyrwus, znany wszystkim w okolicy biznesmen i brat burmistrza. Mężczyzna nie przeżył, ale obrażenia jego głowy wskazują na to, że to nie sam wypadek mógł być przyczyną jego śmierci. Przybyła na miejsce ekipa policyjna pod dowództwem komendanta Sławomira Derebasa wszczyna śledztwo w sprawie o morderstwo. Na domiar złego okazuje się, że w niejasne okoliczności śmierci Cyrwusa zamieszany może być komisarz Tomasz Karpiel, niegdyś podwładny Derebasa. Miał motyw, by szukać na Cyrwusie zemsty, ale czy rzeczywiście tego dokonał? Karpiel postanawia znaleźć mordercę i w ten sposób oczyścić się z podejrzeń.

Początek z Po własnych śladach nie należał do najłatwiejszych. Rozdziały często są bardzo krótkie, sporo z nich zajmuje dosłownie 1-2 strony. Cała książka liczy ich sobie 65, więc jak na taką ilość stron to naprawdę sporo. Co prawda, dzięki temu ogólnie czyta się ją bardzo szybko, jednak trochę to trwało, zanim odnalazłam się w stylu Mariusza Koperskiego. Co sprawiało mi takie trudności, iż musiałam do tego stylu przywyknąć? Otóż książka jest dosyć chaotyczna. Akcja kolejnych rozdziałów co rusz przenosi się między różnymi postaciami, które na początku mocno mi się myliły. Sceny, w których pojawiają się wątki dotyczące sprawy, przeplatają się ze scenami pokazującymi życie rodzinne czy miłostki policjantów, czasami wtrącona zostaje scena z bezimiennymi postaciami, które wydają się nie mieć żadnego związku ze sprawą kryminalną, innym zaś razem autor wtrąca zdarzenia, które działy się nieco wcześniej. Dopiero przeczytawszy jakieś ćwierć książki, przyzwyczaiłam się do takiego stylu prowadzenia powieści i zaczęłam kojarzyć wszystkie wątki, jednak nawet później zdarzało mi się chwilę zastanawiać nad tym, co też właśnie się wydarzyło.

Nie mogę zaprzeczyć, że mimo początkowych trudności mocno książka mnie wciągnęła. Śledztwo w sprawie w głównej mierze prowadzi Karpiel, który ze względu na dawny konflikt z ofiarą powinien trzymać się z daleka od tej sprawy i pozwolić kolegom działać. Nie może jednak pozwolić na to, by jego dobre imię zostało naruszone. Co jednak, jeśli czasem odkryje coś, co może zaszkodzić jemu lub komuś, kto jest mu bliski? Jak postąpi? Czy będzie kierował swoimi działaniami zgodnie z literą prawa, bez względu na możliwe konsekwencje? Ciekawość tego, jak w takiej sytuacji postąpi bohater i co uda mu się odkryć w toku śledztwa, nie pozwalała mi oderwać się od książki. Im więcej rzeczy wychodziło na jaw, tym więcej pojawiało się pytań, na które jak najszybciej chciałam poznać odpowiedzi.

W Po własnych śladach dwie rzeczy spodobały mi się na tyle, że zasługują na to, by o nich wspomnieć. Po pierwsze: klimat powieści. Jej akcja zamyka się w około 10-11 dniach z końca grudnia i rozgrywa się w zaśnieżonym Zakopanem. Śnieżne zamiecie, górskie chaty, zaspy, ulice pełne ciepło opatulonych turystów – autor odmalował w niej przyjemny, zimowy obraz stolicy polskich Tatr. Aż chciałoby się przenieść tam choć na chwilę. Po drugie: nawiązania do filmów i seriali. Nowy przełożony Karpiela to zapalony miłośnik filmowy, który swoją pasją stara się zarazić swojego podwładnego, podsuwając mu tytuły, które w jego mniemaniu musi poznać. To jednak nie wszystko. Autor w bardzo ciekawy sposób wplótł seriale i filmy do powieści, sprawiając, że stały się one czymś więcej, aniżeli przypadkowymi odwołaniami.

Czytając Po własnych śladach, dopiero gdzieś w połowie książki zorientowałam się, że wcale nie czytam początku nowej serii czy odrębnej powieści, lecz kontynuację debiutu literackiego zatytułowanego Śmierć samobójcy. No cóż, pewnie gdybym o tym wiedziała od razu, bałabym się po nią sięgnąć bez znajomości poprzedniego tomu. Skoro jednak udało mi się w niej odnaleźć, to znaczy, że chyba nie ma w niej zbyt wielu odniesień do tego, co wydarzyło się wcześniej, a przynajmniej nie ma ich tyle, by nie dało jej się przeczytać.

Zakończenie powieści jest dosyć zaskakujące. W mojej ocenie wszystko, co doprowadziło do niego, układa się w spójną całość, jednak miałam wrażenie, że pewne rzeczy były nieco przesadzone. Autor wręcz trochę w pewnych sprawach zahaczył nim o science-fiction. To jednak nie zmienia to faktu, że cała powieść było całkiem przyjemna, nawet mimo chaotycznej nieco fabuły.

Komu poleciłabym Po własnych śladach? Tym, którzy poszukują powieści osadzonej w górskich klimatach, wielbicielom lekkich kryminałów i polskiej literatury oraz tym, którzy nie boją się nowych doświadczeń czytelniczych.


Szczegółowe informacje:
Tytuł: "Po własnych śladach"
Autor: Mariusz Koperski
Wydawnictwo: Astraia
Rok wyd.: 2017
Stron: 264
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Cena okładkowa: 29,90 zł









Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki dziękuję agencji Business&Culture oraz wydawnictwu Astraia.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Witaj w Zaczytanej Dolinie!
Cieszę się, że tutaj zawitałeś. Będzie mi bardzo miło, jeśli pozostawisz po sobie jakiś ślad. Każdy komentarz jest dla mnie ważny i sprawia mi ogromną radość. Dzięki nim mogę również dowiedzieć się, co robię dobrze, a co źle. Nie bój się wypowiedzieć swojego zdania. :)
Ze swojej strony proszę tylko o wzajemny szacunek. :)


Żeby skomentować post, nie trzeba się logować. Zachęcam także do polubienia profilu ma facebooku i obserwowania na instagramie!